Poszukiwania dwóch maltańskich szczepów – Girgentiny i Gellewzy – doprowadziły nas do winiarni Marsovin. Co spotkało nas na miejscu i czy warto odwiedzić to miejsce?

Tradycję wytwarzania wina na Malcie zaszczepili Fenicjanie w IX w. p.n.e. Późniejsza historia winiarstwa na wyspie była różna, tak jak różni byli jej władcy. Pod panowaniem Rzymian (218 p.n.e. – 870 n.e.) sztuka robienia wina rozkwitła. Po przejęciu wyspy przez Arabów (870–1091) kultura winiarska umarła. Kiedy rządy nad wyspą przejęli Sycylijczycy (1091–1530) winiarstwo się odrodziło i kwitło dalej przez cały okres panowania Zakonu Kawalerów Maltańskich (1530–1798). Kolejny kłam winiarstwu na wyspie zadali Brytyjczycy (1800–1964), którzy stwierdzili, że tutejsza ziemia lepiej nada się do uprawy bawełny niż winorośli i wykarczowali większość winnych krzaków. Dopiero wraz z powolnym odradzaniem się maltańskiej niepodległości w początkach XX w., odrodziła się też w Maltańczykach potrzeba kultywowania lokalnego wina.
Oczywistym jest, że wszyscy kolejno panujący na wyspie mieli wpływ nie tylko na winiarstwo, ale na całościowy obraz współczesnej Malty. Wpływy cywilizacji łacińskiej i arabskiej przenikają się tutaj do tego stopnia, że w tym jednym z najbardziej katolickich krajów w Europie słowo określające Boga to Alla. Według różnych źródeł aż 40% maltańskich słów zaczerpniętych zostało z języka arabskiego, w tym słowa wyrażające tak podstawowe pojęcia jak: człowiek, słońce czy dom. Nasze procesy poznawcze są zbyt ograniczone, żeby odpowiedzieć na wielkie filozoficzne pytanie, czy to język określa świadomość, czy może świadomość określa język? Nie mniej bardzo nas to zastanawiało podczas całego pobytu na Malcie. Bo jak mogłoby nie zastanawiać, skoro Maltańczycy nawet witają się znanym arabskim pozdrowieniem „pokój z tobą”, które tutaj brzmi: is-sliem għalikom.
Historia Malty jest naprawdę fascynująca. Nam pomogły ją zgłębić dwie książki: „Dzieje Malty” Tomasza Witucha i „Ogniem i Żelazem” Davida Balla. Obie szczerze polecamy.
Tymczasem my, po wylądowaniu na Malcie, udaliśmy się do supermarketu.
Pośród maltańskich win zdecydowanie najbardziej interesowały nas dwa jego lokalne szczepy: Girgentina i Gellewza. Trzeba przyznać, że ucieszyliśmy się, kiedy natrafiliśmy na oba już w pierwszym sklepie. Nauczeni doświadczeniem, że na wyjazdach rzeczy ważnych nie ma co odkładać na ostatnią chwilę, od razu pierwszego dnia kupiliśmy dwie butelki i urządziliśmy degustację. Wiatr wiał, słońce świeciło, jak to się mówi: nic nie zapowiadało tragedii. A jednak kiedy otworzyliśmy białą Girgentinę, to zniknął nasz cały entuzjazm. Przegrzane owoce, wybijający się alkohol, wino płaskie i po prostu nieprzyjemne. Może niewystarczająco dobrze je schłodziliśmy, może trafiliśmy na feralną butelkę, jednak bazując na tym, co mamy, czyli naszym doświadczeniu, nie możemy polecić tego wina.

Mieliśmy nadzieję, że Gellewza uratuje sytuację. W nosie czerwone owoce, głównie wiśnia, w ustach wyczuwalna kwasowość. Wino nie zachwyca, ale w odróżnieniu od Girgentiny, przynajmniej żyje. Zaczęliśmy szukać, co to jest to La Torre. Okazało się, że to brand winiarni Marsovin, w której byliśmy umówieni na spotkanie. Zaczęliśmy się zastanawiać, co też nas spotka na miejscu…

Marsovin jest jednym z największych i najstarszych producentów wina na Malcie. Winiarnia została założona w 1917 roku, a starsza od niej jest tylko Delicata (1907). Wiemy, że Delicata nie posiada swoich winnic na wyspie, a wino produkuje jedynie z importowanego moszczu, dlatego też nasze pierwsze pytanie w Marsovinie było o pochodzenie ich winogron.

Podobno cała produkcja opiera się wyłącznie na lokalnych winogronach. Z trochę przydługiego i nudnego wykładu dowiedzieliśmy się o wszystkich winnych parcelach. Później zostaliśmy przeprowadzeni przez piwnice, zaaranżowane na przyjmowanie dużych, turystycznych wycieczek. Na końcu zaprowadzono nas do stołu, na którym już czekały na nas równie nudne i turystyczne wina. Trzeba było jakoś ratować sytuację.

Zadawaliśmy dużo pytań, robiliśmy szczegółowe notatki, powiedzieliśmy o naszym niemiłym doświadczeniu z La Torre. W końcu udało się nam złamać sommeliera i zaczął wyciągać ciekawsze butelki.
Na zatarcie niemiłego doświadczenia z La Torre, dostaliśmy do spróbowania Girgentinę spod brandu Caravaggio. I to wino było zdecydowanie lepsze – zielone jabłko w nosie, dobra kwasowość w ustach. Jeżeli tak jak my, koniecznie chcielibyście spróbować Girgentinę, to z czystym sumieniem polecamy tę butelkę.

Kolejnym progiem był brand 1919 – te wina wchodzą już na wyższy poziom. Zarówno białe (blend Chardonnay, Moscato i Girgentiny), jak i różowe (blend Gellewzy, Grenache i Shiraz) to dobrze przemyślane i ułożone wina. Są też dobrym przykładem na to, że lokalne szczepy lepiej jednak sprawdzają się w kupażach, niż w winach jednoszczepowych.

Ile radości sprawiło nam Rose spod brandu Odyssey, wiedzą tylko współtowarzysze naszej degustacji. Oczywiście były i truskawki, i maliny, i guma balonowa. W ustach świeże. Idealne na długie, wakacyjne wieczory na Malcie. Zdecydowanie polecamy.

W przypływie dobrego humoru, sympatii, albo jakiegoś zapomnienia, sommelier wyciągnął dla nas butelkę stworzoną z okazji stulecia istnienia winiarni. Marsovin 100th Anniversary to kupaż Caberneta Sauvignon, Merlota, Caberneta Franc, Syrah, i Gellewzy Imqadded. Wino było wspaniałe, z dojrzałą śliwką na początku i dębowo – dymnym zakończeniem. Bogate, kompleksowe, dobrze zrównoważone, i co ważne przy takich butelkach – nieprzytłaczające swoim ciężarem. Bardzo, bardzo polecamy.

Na końcu degustacji zapytaliśmy, o co chodzi z tym brandami, bo nie byliśmy już w stanie powiedzieć, ile różnych etykiet przesunęło się przed naszymi oczami. Okazało się, że jest ich ponad 30! Marsovin produkuje ponad 30 różnych brandów! Dlaczego? Segmentacja klientów. Niektórzy sięgają po La Torre, inni po Caravaggia, a jeszcze inni po 100th Anniversary. Ale żeby od razu 30 brandów? Cały czas nie wiemy, jak to skomentować.
Wyszliśmy z winiarni z mieszanymi odczuciami. Nam akurat udało się zagadać sommeliera na tyle, żeby zszedł z planu szybkiej, niezaangażowanej degustacji i ostatecznie otworzył bardzo fajne butelki. Jednak z założenia winiarnia nastawiona jest na masową turystykę. Zarówno kiepskie, ale szeroko dostępne w sklepach La Torre, zaaranżowana prawie na muzeum piwnica jak i początkowa degustacja, zdają się potwierdzać naszą tezę. A szkoda, bo robią tam też wybitne wina. Może i jest to dobrze przemyślana strategia marketingowa, ale ja osobiście szukam w winie czegoś innego niż marketing.
Marsovin robi naprawdę dobre wina, trzeba tylko wiedzieć które… Szkoda, że nie wszystkie.

Dodaj komentarz