Wino z Monastyru Tvrdos

Jaka jest różnica między Republiką Serbską a Republiką Serbii, czym jest mistycyzm prawosławny, i jaki to wszystko miało wpływ na najlepsze wina, których spróbowaliśmy w Bośni i Hercegowinie.

Monastyr Tvrdos

Kiedy powiedzieliśmy naszym bliskim, że jedziemy do Bośni, zareagowali trochę nerwowo – czy tam aby na pewno jest bezpiecznie? Rzeczywiście, Bośnia kojarzy się głównie ze słynnym Starym Mostem w Mostarze (zburzonym podczas wojny przez Chorwatów, odbudowanym dopiero w 2004 r.) oraz z samą wojną właśnie. Wszyscy o wojnie w Bośni słyszeli, jednak o co tam chodziło, jak się skończyło i jak wygląda obecna sytuacja – tutaj zaczynają się wątpliwości. W społeczeństwie dominuje też dziwne przedświadczenie, że podnoszenie tematu wojny i konfliktów społecznych jest niepoprawne politycznie. Najlepiej jest więc nie pamiętać, przemilczeć, uprzejmie udawać, że o żadnej wojnie się nie słyszało. Nie ukrywamy, tak też planowaliśmy zrobić.

Traf chciał, że na Bascarsijrze – najstarszym bazarze w Sarajewie, jedną z najpopularniejszych turystycznych pamiątek są łuski po nabojach. Sprzedaje się je w różnych formach – łuski same, łuski – długopisy, łuski – małe czołgi i samolociki. W końcu nie wytrzymaliśmy i zapytaliśmy naszego przewodnika, sympatycznego Bośniaka, co o tym sądzi. – Chcecie wersję oficjalną, czy moje prywatne zdanie? Wiadomo, że tylko to drugie jest ciekawe. – Moim zdaniem to świetny marketing, Bośnia kojarzy się ludziom z wojną, przyjeżdżają tutaj, żeby znaleźć jej ślady, jeśli wojna ma napędzać branżę turystyczną, to niech tak będzie i niech ludzie kupują te tandetne naboje.

Nie odważymy się na opisanie tej wojny. Możemy jedynie odesłać do literatury – region i jego historię fascynująco opisał Robert D. Kaplan w książce „Bałkańskie upiory”. A samą Bośnię i tę straszną wojnę, Andrzej Krawczyk w książce „Czyja jest Bośnia? Krótka historia kraju trzech narodów”. Perspektywa Krawczyka jest o tyle ciekawa, że nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu. W świecie, który lubi łatwe odpowiedzi na bardzo trudne pytania, pokazuje całą złożoność różnych wpływów i interesów, oddziałujących na ten konflikt.

Wojna zakończyła się podziałem Bośni i Hercegowiny na regiony według kryteriów narodowych. W poprzednim wpisie wspominaliśmy o fundamentalnych różnicach między trzema narodami, zamieszkującymi tę ziemię. Logicznym więc rozwiązaniem wydaje się być jej federalizacja. I tak kraj został podzielony na Federację Bośni i Hercegowiny, gdzie około 95% mieszkańców stanowią Boszniacy i Chorwaci oraz Republikę Serbską (nie mylić z Republiką Serbii), w której około 90% mieszkańców to Serbowie. Do tak silnej jednorodności doprowadziły oczywiście czystki etniczne i przesiedlenia podczas wojny. Przesiedlenia nie tylko ludności, ale też kultury i religii.

W 1992 r. prawosławni biskupi zahumscy i hercegowińscy zostali zmuszeni do opuszczenia swojej dotychczasowej siedziby w Mostarze i do przeniesienia się do monastyru w Trebinje. Razem z religią prawosławną przynieśli tutaj też kulturę uprawy winorośli.

Jesteśmy w centrum Trebinje i próbujemy dostać się do Monastyru Tvrdos, czyli po prostu, Klasztoru Twardoszy. Na bośniacką komunikację publiczną nie mamy co liczyć, tutaj nawet przejazdy między największymi miastami nastręczają pewnych trudności. Sprawdzamy na mapie, z centrum miasta to dystans zaledwie sześciu kilometrów, nie zastanawiamy się więc długo i ruszamy na pieszo. Jak wiadomo, największą wadą mapy jest to, że jest płaska, ale w końcu, po pokonaniu wszystkich przewyższeń, docieramy do klasztoru.

Monastyr Tvrdos

Istnieje pewien nurt myślowy, który mówi o tym, że prawosławie zachowało nadal to, co katolicyzm utracił już jakiś czas temu. W tym porównaniu katolicyzm wypada jako bardziej racjonalny, intelektualny, chłodny. Podczas gdy prawosławie, w całej swej istocie, pozostaje mistyczne.

Czym jest prawosławny mistycyzm? Chyba najłatwiej poczuć to w cerkwi. Może to kwestia dużej ilości kadzidła, migocącego światła świec i połyskującego złota, wirujących po sklepieniu prawosławnych świętych, czy popa, rytmicznie obchodzącego ołtarz z ikonami i wysoko wzniesionymi rękami.

A z drugiej strony to przejmująca cisza i powaga prawosławnych monastyrów. Czas, który tutaj się zatrzymał, nie działa na rzecz wiecznego postępu i rozwoju, ale na kontemplowanie tego, co jest teraz i na rozważania nad tym, co już było.

Spotkaliśmy tam zakonnika z Kalifornii, który w monastyrze pisał swoją pracę doktorską o kapadockim ojcu kościoła – Świętym Grzegorzu z Nazjanzu (IV w.). Inny mieszkaniec monastyru, kiedy usłyszał, że jesteśmy z Polski, od razu przywołał słowa Papieża Jana Pawła II – Faszyzm był zły, komunizm był zły, ale najgorszy jest konsumpcjonizm, bo to wróg ukryty, który nie zabija jawnie, ale podstępnie i konsekwentnie rozkłada ludzkie serca. Chociaż nie byliśmy w stanie stwierdzić, czy Papież rzeczywiście tak powiedział, to zgodziliśmy się z nim uprzejmie, zwłaszcza, że w końcu zaprowadził nas do winnicy.

Niczym strudzeni pielgrzymi, po przebyciu długiej drogi przez wzgórza i historię tego regionu, w końcu dotarliśmy do celu naszej wyprawy. Ach co to były za wina! Orzeźwiająca, świeża, cytrusowa Żilawka. Owocowy, delikatnie podbity beczką Cabernet Sauvignon. I na końcu nasz ulubiony zawodnik wagi ciężkiej wśród bałkańskich win – Vranac. Przez dwa lata w beczce nabrał ciała i charakteru, ale nie stracił przyjemnych czerwonych owoców. Dla nas był najlepszym winem, jakiego spróbowaliśmy w Bośni.

Żilawka, Cabernet Sauvignon, Vranac

Vranac był też ulubionym winem Serba, który prowadził dla nas degustację. Ciężkie wino do ciężkich rozmów o ciężkim życiu. On sam podczas wojny musiał przenieść się z Mostaru do Trebinje. O historii i obecnej sytuacji politycznej w Bośni i Hercegowinie opowiadał bardzo chętnie i spontanicznie. W sumie mieliśmy wrażenie, że wszystkie nasze rozmowy w Bośni w końcu schodziły na temat wojny. To chyba jednak naturalne, bo dla ludzi z Bałkanów to temat najważniejszy, i w pewien sposób, niestety, cały czas niezamknięty.

Jeżeli w tym roku planujecie wakacje w Chorwacji, to uwzględnijcie Monastyr Tvrdos w swoim planie podróży. Trebinje leży zaledwie 30 km od Dubrownika, a to zupełnie inny świat, arcy-ciekawy, autentyczny, niezepsuty (jeszcze) przez masową turystkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *