„Musicie wiedzieć, że w Maroku zakazane jest robienie trzech rzeczy: krytykowanie islamu, krytykowanie króla i pytanie o Saharę Zachodnią.” Wśród wielu zakazów islamu jest też ten, mówiący o niespożywaniu alkoholu. Czy istnieje więc w ogóle wino z Maroka?

W Maroku produkuje się wino. I to nie mało wina, bo około 400 000 hektolitrów, co daje około 40 milionów butelek rocznie. Dla porównania, w Polsce produkuje się około 15 000 hektolitrów. I teraz najciekawsza informacja – jedynie 5% z tej produkcji przeznaczone jest na eksport. Cała reszta, czyli około 38 milionów butelek wina konsumowanych jest na miejscu! Dlaczego według nas jest to najciekawsza informacja? Dlatego, że Maroko jest krajem muzułmańskim i panuje tutaj zakaz spożywania alkoholu przez muzułmanów. O co więc chodzi? Zacznijmy od początku.
Historia
Tradycja uprawy winorośli zapoczątkowana została w Maroku, podobnie jak na Malcie, przez Fenicjan. W starożytności Maroko było częścią Cesarstwa Rzymskiego i w tym okresie produkcja lokalnego wina była tutaj zakrojona na szeroką skalę. W VII w. ziemie te zostały zajęte przez Arabów, a islam, który przynieśli ze sobą nowi władcy, wykrzewił stąd kulturę wina. Odrodzenie winiarstwa nastąpiło dopiero w XX w., kiedy Maroko stało się francuską kolonią.
– Żadne znane mi państwo na świecie nie chce być czyjąś kolonią, ale za taki stan rzeczy może winić tylko siebie i swoją słabość – tak samokrytycznie o czasach protektoratu francuskiego opowiadał nam przewodnik w Fezie. Podobnie jak w przypadku wielu innych kolonii, Maroko miało być rynkiem zbytu dla towarów przemysłowych z Francji i dostawcą tanich surowców dla swojego kolonizatora. Nie mamy złudzeń co do założeń i konsekwencji kolonialnej polityki gospodarczej Francji. Wypada jednak chociażby jedynie wspomnieć, co Francuzi dali Marokańczykom, czyli m.in.: system edukacji i sądownictwa, infrastrukturę dróg, kolei i energetyki, piękne kamienice w stylu art deco i nowoczesny port w Casablance, oraz (jakże znaczące dla tego bloga) powrót do szerokiej uprawy winorośli.
W 1956 roku Maroko odzyskało niepodległość. Marokańczycy pozbyli się Francuzów, a razem z nimi, tradycji i wiedzy o tworzeniu wina. Kompletny regres postępował w tej dziedzinie do początku lat 90., kiedy to postanowiło zainterweniować państwo. A dokładnie państwo w osobie króla Hassana II. Król, absolwent Uniwersytetu w Bordeaux, zaoferował zagranicznym producentom wina możliwość długoletnich dzierżaw winnic, w zamian za inwestycje i know-how. Francuzi wrócili do Maroka.
Gdzie to wino?
Przed przyjazdem do Maroka dowiedzieliśmy się, że lokalne wino dostępne jest w dużych supermarketach, a już z całkowitą pewnością można je kupić we francuskim Carrefourze. W Maroku panuje zakaz spożywania alkoholu przez muzułmanów i nie jest on dostępny w lokalnych, małych sklepach. Pierwszego dnia zajrzeliśmy więc do Carrefoura, nie mieli wina i odesłali nas do innego sklepu. W kolejnym Carrefourze też wina nie było, a na miejscu dowiedzieliśmy się, że powinniśmy pojechać do największego Carrefoura w Marakeszu – niedaleko lotniska. Następnego dnia jechaliśmy już w Góry Atlas, więc stwierdziliśmy, że do największego Carrefoura w mieście wybierzemy się po powrocie z gór.

Zaczęłam się zastanawiać czy informacje, jakie mieliśmy o dostępności wina w Maroku, są rzeczywiście prawdziwe i aktualne. Pytaliśmy poznanych Marokańczyków, ale za każdym razem głośno deklarowali, że oni alkoholu nie piją i nie mają pojęcia, gdzie można go kupić. Kto więc wypija te 38 milionów butelek wina rocznie?!
Aż w końcu w spotkaliśmy Yassina. On oczywiście też zaczął od tego, że alkoholu nie pije i nie wie, gdzie można go kupić, ale ma kuzyna, który może coś wiedzieć. I tak dowiedzieliśmy się, że jest taki jeden sklep w Marrakeszu, w którym można kupić marokańskie wino – Store Nicolas. „Ale musicie się śpieszyć, jutro zaczyna się Ramadan, a wtedy wina nie dostaniecie już NIGDZIE”.
Rzeczywiście sklep Nicolas był tym, czego szukaliśmy. Na półkach znaleźliśmy cały przekrój marokańskiego wina – przekrój przez kolory, szczepy i producentów, o których wcześniej już czytaliśmy. No ale jakoś nie chciało się nam wierzyć, że nie będziemy mogli kupić wina podczas zbliżającego się Ramadanu. Nie mieści się to w europejskiej głowie, prawda? Dlatego kupiliśmy tylko dwie butelki i zadowoleni z siebie stwierdziliśmy, że kolejne kupimy w Nicolasie w następnym mieście. Jak się później okazało, były to dwa, jedyne wina, jakie udało się nam spróbować w Maroku.
Wino z Maroka
Najbardziej charakterystycznym wśród marokańskich win jest Vin Gris, czyli wino szare. Wino produkowane jest z czerwonych winogron, stanowiących zdecydowaną większość wśród winogron uprawianych w Maroku. My zdecydowaliśmy się na Vin Gris z winiarni Domaine de Sahari. Wino w nosie było przyjemnie owocowe. W ustach przyzwoite, chociaż trochę brakowało mu wyrazu. Pewnie mogliśmy trafić lepiej. To szare wino jakoś szczególnie nas nie zachwyciło.


Drugim winem, jakie udało się nam kupić, było Vin Rouge, czyli po postu wino czerwone. To wino było zdecydowanie lepsze, z wybijającymi się na początku aromatami wiśni, podszyte nutami skórnymi. Idealnie pasowałoby do kanapek z soczystą wołowiną, które tego dnia jedliśmy w Essaada Sandwicherie w Casablance. Gdyby tylko było to możliwe… Tymczasem my naszą butelkę otworzyliśmy na tarasie zachwycającego Hotelu Central.

Zaprzeczenie, akceptacja, nadzieja
I wtedy zaczął się Ramadan. Oczywiście cały czas nie mogliśmy uwierzyć, że oznacza to kompletny zakaz sprzedaży alkoholu. Dlatego nadal szukaliśmy wina w sklepach, jednak zupełnie bezskutecznie.
W Casablance umówiliśmy się na spacer z przewodnikiem. O marokańskim winie nic nie wiedział, a nawet na pytanie o nie zareagował z lekkim niesmakiem. Zapytaliśmy więc o inną rzecz, która żywo nas interesowała, bo przecież meczety, mediny i bramy miejskie jakie są, każdy widzi. „Co sądzisz o Saharze Zachodniej?” Nasz przewodnik uśmiechnął się nerwowo i zrobił krok w tył – „A co? Jesteście z tajnych służb?” – zapytał niby żartem. – „Musicie wiedzieć, że w Maroku zakazane jest robienie trzech rzeczy: krytykowanie islamu, krytykowanie króla i pytanie o Saharę Zachodnią.” Powiedział to zupełnie swobodnie i naturalnie, nie czując chyba, jak zatrważająco brzmi to dla Europejczyków.
Nie zostało nam nic innego, jak zrezygnować z naszych planów i zaakceptować to, co Maroko nam oferowało. Zatopiliśmy się więc w otaczającą nas rzeczywistość popijając herbatę miętową z cukrem. Odpowiadaliśmy setny raz z uśmiechem na twarzy, że jesteśmy z Polski, i że nie potrzebujemy haszyszu. Przyjmowaliśmy jedzenie od nieznajomych ludzi, kiedy po zachodzie słońca w końcu można było jeść i pić. Podziwialiśmy wszechobecne portrety króla i przymykaliśmy oczy na brud i ubóstwo.
Musieliśmy się też pogodzić, że więcej marokańskiego wina, podczas tego wyjazdu, nie spróbujemy. Jednak do ostatniego dnia nie traciliśmy nadziei, bo istniało jeszcze jedno miejsce, w którym teoretycznie mogliśmy je kupić. Tak, w strefie wolnocłowej na lotnisku.

Dodaj komentarz