Wino z Bośni i Hercegowiny

Aby zrozumieć wino, trzeba zrozumieć ziemię, z której ono pochodzi.

A ziemia Bośni i Hercegowiny jest do zrozumienia wyjątkowo trudna.

Odwieczna walka chrześcijaństwa z islamem zebrała tutaj swoje krwawe żniwo jeszcze na początku lat 90. XX w. Do dzisiaj, na ulicach większości bośniackich miast, widać przerażające ślady tamtej wojny, realne odpryski po kulach, bombach i granatach na nieskończenie wielu budynkach. Jest tego tak wiele, że zaczynasz się zastanawiać, dlaczego te budynki nie zostały odnowione, dlaczego nie zabliźniają tych strasznych ran? A odpowiedź, która przychodzi po chwili zastanowienia, wydaje się być wyjątkowo smutna – rany mają się jątrzyć. Pamięć o zadanych sobie wzajemnie krzywdach ma trwać, a podziały między Bośniakami, Serbami i Chorwatami mają cały czas się pogłębiać. Jakie to ma znaczenie dla wina? 

Przede wszystkim wino produkowane jest tylko przez chrześcijan – widać to bardzo dobrze na mapie – winnice znajdują się głównie na terenach chorwackich i serbskich, skoncentrowanych wokół Mostaru oraz w okolicach Trebinje. Warto jednak wspomnieć, że przed najazdem Turków i islamizacją tej ziemi, uprawa winorośli, zaszczepiona tutaj jeszcze przez Traków, była obecna na wszystkich, możliwych do uprawy, terenach. 

W oczywisty sposób wojna lat 90. znacząco przyczyniła się do upadku produkcji wina. Jeżeli jednak chodzi o odbudowywanie swojego potencjału, to można odnieść wrażenie, że w Bośni proces ten zachodzi wyjątkowo powoli. I o ile coraz większą popularnością cieszą się wina chorwackie, czy serbskie, to wino z Bośni i Hercegowiny cały czas jest raczej egzotyczną ciekawostką.

A powstające tutaj wino jest całkiem interesujące, zwłaszcza dwa autochtoniczne szczepy: biała Żilawka i czerwona Blatina.

Żilawka może brzmieć nam trochę rodzimie i rzeczywiście jej nazwa odnosi się do żył właśnie. A dokładnie są to żyły mocne, które w okresie pełnej dojrzałości winogron widoczne są przez grubą, ale transparentną skórkę grona.

My z Bośni przywieźliśmy Kameno Żilawkę z Vinariji Citluk. Producent na etykiecie zaznaczył, że słońce w jego winnicy „niemiłosiernie praży i przypala” i ta moc rzeczywiście znajduje odzwierciedlenie w procentach – 13,5% alkoholu to, jak na białe wino, całkiem sporo. Na szczęście to jedyny negatywny efekt niemiłosiernego słońca. W nosie wyczuwalne jest świeże, soczyste, zielone jabłko. W ustach zachowana została dobra kwasowość. Zupełnie nie czuć w nim ciężaru wysokich procentów. Lepiej uważać z takimi butelkami.

Od tego samego producenta przywieźliśmy też Blatinę de Broto. Odmiana uprawiana tylko w Bośni, daje wina potrójnie mocne – w kolorze, aromacie i smaku. Nasze wino dodatkowo zostało silnie podbite beczką. W nosie nawet na samym początku nie czujemy czerwonych owoców. Od razu przechodzimy do nut skórnych i ziemistych. W ustach miłe zaskoczenie, bo tak mocno zbudowane ciało równoważy jednak odpowiednia kwasowość.

I na koniec szczep, który może nie jest endemiczny dla Bośni i Hercegowiny, ale jakże charakterystyczny dla Bałkanów. Vranac z zasady daje wina mocne, rubinowe w kolorze, o bogatym bukiecie, z silnie wyczuwalnymi taninami i wysoką zawartością alkoholu.

Na obszar południowej Hercegowiny, a dokładniej do Trebinje, szczep ten został sprowadzony w czasach Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Prawidłowo założono, że gorące słońce tego regionu przysłuży się produkcji mocarnych win.

My, będąc w Trebinje, odwiedziliśmy entuzjastycznego, młodego winiarza, który razem z bratem prowadzi winnicę Bojanić. Bracia nie eksportują jeszcze swoich win, dlatego niestety, nie znajdziecie ich nigdzie poza Bośnią. Za to na miejscu, możecie spróbować arcyorzeźwiającej Żilawki, łagodnego Rose i paru międzynarodowych szczepów. Vranaca z Vinariji Bojanić postanowiliśmy zabrać ze sobą do Polski i spróbować go w trochę chłodniejszym klimacie.

Trzeba przyznać, że w domu podeszliśmy do niego jak do zawodnika wagi ciężkiej – najpierw mocno schłodziliśmy, a potem daliśmy pół godziny na pełne otworzenie się. Tym większe było nasze zdziwienie, kiedy w nosie poczuliśmy świeże, czerwone owoce, a w ustach lekkość bez ściągających tanin. I tak to jest, kiedy naczytasz się o winie i nastawisz na konkretny efekt, a zupełnie wyprzesz z pamięci słowa winiarza, że jego wino nie dojrzewa w beczce. Vranac w takim wykonaniu jest bardzo radosny i przystępny. Zdecydowanie wart spróbowania.

Podróżując przez Bośnię, doświadczaliśmy, jak bardzo podzielony jest to kraj. Różnice między trzema narodami, zamieszkującymi tę ziemię, są tak głębokie, że można je nazwać po prostu fundamentalnymi. Trzy dystrykty różnią się praktycznie wszystkim – religią, dążeniami politycznymi, pamięcią historyczną, językiem, tradycją, kulturą, kuchnią…

Jedyne, co ich łączy, to właśnie ziemia.

Możemy mieć tylko nadzieję, że Bośniacy, Serbowie i Chorwaci dojdą do porozumienia i wspólnie zaczną na tej ziemi budować, a nie tylko ją dzielić. Bo zbudować można tutaj naprawdę wiele. Sam tylko przemysł winiarski ma wręcz olbrzymi potencjał do rozwoju. Jednak wino, oprócz dobrej ziemi, potrzebuje jeszcze spokoju, cierpliwości, uważności i troski. Mamy gorącą nadzieję, że znajdzie je właśnie tutaj.

„Wojna została zatrzymana, ale nie zakończona” – brzmią nam cały czas w głowie słowa naszego przewodnika z Mostaru. Nadzieje, chociaż gorące, bywają też płonne.

Śpieszcie się odwiedzać Bośnię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *